Ciśn.: 1018 hPa
Wiatr: 17 km/h 

Aleksander Wasilewicz Pietrow "Pamirski Lis", w sobotę 9 stycznia 2010, zabrał nas w daleka wirtualną podróż. Uczestnicy spotkania, które miało miejsce w Sali Miejskiego Domu Kultury w Augustowie, mogli prze półtorej godziny słuchać człowieka, który mówił o swojej miłości. Sposób jego opowiadania nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że kocha, to o czym opowiadał. Podróże, różne ich formy – a szczególnie te z elementem ryzyka w tle, to jego pasja. Bohater spotkania swobodnie posługuje się naszym językiem.
Mając 10 lat, wraz z grupą swoich kolegów potrafił wybierać się w 28 kilometrową, pieszą podróż, do odległego jeziora - aby tam łowić ryby i bawić się. Zabawy te związane były niestety z dużym ryzykiem. Ich miejscem były wysokie elementy budowli hydrotechnicznych. Wspomniane 28 kilometrów do pokonania, to była odległość w jedną stronę. Ten drobny epizod z życia Aleksandra Wasilewicza Pietrowa, pokazuje, że dalekie i niebezpieczne podróże polubił dość wcześnie.
W pewnym okresie spotkał kajakarzy z Augustowa, z którymi grodzieńscy kajakarze odbyli już, jak sam mówi –(…) dużo wspólnych wypraw”. Naszych ziomków nazywa on: (…) samymi dobrymi ludziami”. Zacytowałem dosłownie to określenie, bo miło jest słyszeć taką opinię. Ich przyjaźń trwa niezmiennie od wielu lat.
Następnie Pamir był motywem przewodnim wspomnień Aleksandra Wasilewicza. Najwyższym szczytem Pamiru jest Szczyt Ismaila Samaniego, który osiąga wysokość 7495 m. Leży w Tadżykistanie. W miejscu, gdzie leży Pamir stykają się najwyższe pasma górskie świata: Himalaje, Tien-szan, Karakorum, Kunlun, Hindukusz i Ałaj. Przeważająca część Pamiru leży w Tadżykistanie. Tereny, które były celem podróży Aleksandra Wasilewicza i jego przyjaciół, nie należały do bezpiecznych. Topografia terenu to jedno utrudnienie, a drogie, to konflikty i wojny w tamtej części świata. Granica Chin, Afganistan z tocząca się tam wojną - i grupa podróżników, która mogła być w każdej chwili wzięta przez którąś ze stron za nieprzyjaciół. Na samym początku zachorował jeden z członków ekipy i trzeba było szukać w tym bezludnym terenie pomocy. Jak niespodziewanie udało się dotrzeć do tych, którzy jej udzielili i wielu innych przygodach dowiedzieliśmy się na tym spotkaniu.
Pokaz slajdów towarzyszący opowiadaniu pozwalał na pełniejsze utożsamianie się z podróżującymi i zobaczenia tego, o czym była mowa. Jeden element tej opowieści utkwił mi w pamięci. Pan Aleksander Wasilewicz Pietrow opowiadał, jak tamtejsi stosunkowo nieliczni mieszkańcy (jeżeli weźmiemy pod uwagę powierzchnie terenu do ich liczby), mają w poszanowaniu przyrodę. Nie do pomyślenia jest, aby ktoś z mieszkańców wrzucił coś do wody. Nawet ości ze zjedzonej na łodzi ryby zostają zebrane i dowiezione na brzeg. Tam na brzegu rzeki, są gdzieś zakopane, lub spalone. O czymś takim jak wysikanie się do wody, też nikt nie myśli. Woda w każdej chwili po zaczerpnięci nadaje się do picia.
Gdyby, ktoś miał sposobność spotkać się z panem Aleksandrem Wasilewiczem Pietrowem i wysłuchać jego opowiadań - z pewnością będzie miał miłe wspomnienia.
Zb. Bartoszewicz